Aktualności

Zagraniczny szrot - turyści z zagranicy, którzy zwiedzając nasz piękny kraj przypadkiem trafili na boiska piłkarskiej Ekstraklasy.


Ciężki grzech wszystkich polskich klubów od wielu lat. Każdy jak mantrę powtarza, że obcokrajowiec, by grac, musi być przynajmniej 2 razy lepszy od Polaka na swojej pozycji. Połowa przypadków kończy się jak przy okazji każdego standardowego przetargu - wygrywa oferta z najniższą ceną. Reszta jest niewytłumaczalna - błędna ocena potencjału, źle dopasowana taktyka, brak chemii z zespołem? Jedni przychodzą z pokaźnym dotychczasowym dorobkiem, inni są całkowitymi anonimami, wszyscy tak samo nie wnoszą zupełnie nic.

12 występów w kadrze (z 1 bramką), 2 krajowe mistrzostwa, poprzedni sezon zakończony z 6 bramkami i aż 18 asystami, przez pierwsze pół tego uzbierał ich odpowiednio 7 i 3. Do tego chęć sprowadzenia go do siebie wyrażały zarówno Legia, jak i Lech. Tak prezentował się przed przyjściem Ádám Gyurcsó. Miał być istnym Mesjaszem, prowadzącym przynajmniej do pucharów, jeśli nie do pierwszego w historii mistrzostwa. Bramka w debiucie, mimo nijakiego występu, pozwalała wierzyć, że do szrotu mu daleko. Wiara malała z każdym kolejnym meczem, obok którego przechodził obojętnie. Jej lekkie odnowienie przyszło przy okazji starcia z Cracovią, po golu bezpośrednio z wolnego, ale jak się później okazało, był to jednorazowy wyskok. Potem ponownie pokazywał swoją zupełną bezproduktywność w obronie oraz niemoc w ataku. Słyszę zewsząd, żeby dać mu jeszcze czas, że potrzebuje się odnaleźć w naszej lidzie i sporo innych sloganów, powtarzanych zwykle w takich sytuacjach. Czasu dostał już sporo (12 meczów - prawie 900 minut) i chyba trzeba pogodzić się z tym, że niestety mamy kolejny szrot.

Kolejny, albowiem przez ostatnie lata sporo się tego przez Pogoń przewinęło. Przeklikałem wszelkie dostępne w Internecie statystyki, pozbierałem te ważniejsze i powstała z nich poniższa infografika. W dalszej części postaram się poszczególne przypadki trochę rozwinąć. Uwaga, długie!

Sergei Mošnikov przyszedł do nas jeszcze, gdy graliśmy w I lidze. Co ciekawe nie zagrał tam ani jednego meczu. Debiutu doczekał się dopiero w ekstraklasie i był to zarazem… jego przedostatni mecz w naszych barwach. Oba występy z ławki na zasadzie ogonów. A teraz uwaga - ten sam człowiek przychodził do nas jako zdobywca nagrody dla najlepszego zawodnika ligi estońskiej, dwukrotny zdobywca mistrzostwa Estonii oraz tamtejszego superpucharu. Zwykły puchar Estonii zdobył z kolei 3 razy. I to wszystko nie na zasadzie, że gdzieś tam się szlajał w rezerwach. On był podstawowym zawodnikiem Flory Tallin, przez 5 lat rozegrał 184 mecze, w których zdobył 35 bramek, a przy 22 asystował. Dodajmy do tego jeszcze 7 meczów w kadrze i dostajemy idealnego kandydata na 42 minuty rozegrane przez rok. Chyba rzuciliśmy na niego jakąś klątwę, bo odkąd od nas odszedł, to zmienia klub co pół roku nie notując żadnych liczb, poza paroma występami.

Mouhamadou Traoré mógł się wydawać trochę pewniejsza opcją, jako jedyny w tym zestawieniu mógł zdążyć poznać polską ligę, gdyż przebywał tu już 4 lata. Zahaczył III ligowy Glinik Gorlice, I ligowy Stilon/GKP Gorzów Wielkopolski oraz ekstraklasowe Zagłębie Lubin. W każdym z tych klubów miał całkiem przyzwoite statystyki (w niższych ligach bywało to nawet 12 bramek w 19 meczach), a odpowiedzialny wówczas za transfery w Pogoni Grzegorz Smolny mówił, że interesował się Senegalczykiem od paru sezonów, co było typowe w przypadku piłkarzy, którzy strzelali nam bramki. A w taki właśnie sposób przedstawił się nam jeszcze w 2009 roku. Po przyjściu w lipcu 2012 przywitał się ponownie w podobny sposób, strzelając gola swoim byłym kolegom z Zagłębia i <spoiler alert> było to jedyne trafienie w tym zestawieniu </spoiler alert>. Szans dostał zdecydowanie więcej niż Mošnikov, bo aż 332 minuty w 9 meczach, jednak w tych meczach skutecznie walczyło miano szrotu. Poza tym nikt za bardzo nie wiedział w jakim jest wieku, gdyż różne źródła rozmijały się nawet o 4 lata, a w Internecie można znaleźć sporo spekulacji na temat cofniętego licznika Traoré.

Gdy ktoś wspomina o Wybrzeżu Kości Słoniowej to na myśl przychodzą mi takie nazwiska jak Didier Drogba czy Yaya Touré. Dokładając do tego skojarzenie z Pogonią otrzymujemy już nazwisko znacznie mniejszego kalibru. Abdul Moustapha Ouédraogo, bo o nim mowa, także zaliczył parę występów w kadrze WKS, jednak była to kadra młodzieżowa i to jedyny warty uwagi zapis w jego CV. Podobno przychodził jako totalny wrak piłkarza, pół roku się odbudowywał w rezerwach i gdy już rzekomo doszedł do siebie, przeniesiono go do I zespołu. To był chyba jedyny szrot, w którym można było zauważyć potencjał. Potrafił zagrać niekonwencjonalnie i przedryblować paru przeciwników jakby to były pachołki. Co prawda dostał najwięcej szans z obecnego zestawienia, odwdzięczył się 1 asystą, ale był ustawiany mocno defensywnie. I myślę, że to zaważyło na negatywnej ocenie. W młodzieżówce WKS był skrzydłowym, a podczas występów w Pogoni było widać, że ciągnie go do przodu. Jak by mu poszło, gdyby jednak dostawał szanse na skrzydle? Możemy się tylko domyślać. Odkąd odszedł tuła się po lidze tunezyjskiej.

Ostatnim piłkarzem z czarnego lądu, o którym chciałbym napisać, jest kameruńczyk Hervé Tchami. W przeciwieństwie do jego poprzedników, u niego próżno szukać jakichkolwiek imponujących osiągnięć zapowiadających materiał na dobrego grajka. Los niestety nie był i tym razem przewrotny na jego korzyść, chociaż w swoim debiucie z Jagiellonią popisał się technicznym obrotem z podbiciem piłki nad przeciwnikiem, a nawet asystował przy samobójczym golu Pazdana (do piłki i tak dopadłby wtedy Robak). To wszystko później okazało się jedynie maskaradą i oprócz jeszcze jednej asysty (najlepszy wynik w tym zestawieniu!) zapamiętany został z dziwnego sposobu biegania, przypominającego przebieranie nogami w miejscu rodem z serialu animowanego Scooby-Doo. Wypadałoby wspomnieć także, że wybiegał najwięcej minut na boisku z tutaj obecnych. Nic to jednak nie dało.

No dobra, teraz mam lekki problem. Chciałem napisać coś o kolejnym piłkarzu, ale poza tym, że jego imię brzmi jakby było w wołaczu, to nie mam na jego temat żadnych ciekawostek. Pavle Popara był przezroczysty jak syn szklarza. 0 bramek, 0 asyst, 0 atutów i 0 zagrań wartych zapamiętania. Nie wiadomo skąd nałapał tyle minut (trzeci wynik w zestawieniu).

Kolejna dwójka przyszła razem, mimo że pochodzili z dwóch różnych stron świata. Pierwszy, Shōhei Okuno, miał być zastępstwem dla przebywającego na wycieczce w Rosji Akahoshiego w ramach równego stanu Japończyków w kadrze. Drugi, Portugalczyk Bruno Loureiro, chyba był dodawany w pakiecie. Pierwszy nawet trzy razy wyszedł w pierwszym składzie, nie przełożyło się to jednak na jakiekolwiek liczby. Drugi złapał na samym początku w rezerwach strasznie nieprzyjemną kontuzję zerwania więzadeł krzyżowych i nie zagrał ani minuty. Obaj zostali pożegnani po pół roku przebywania w klubie. Co ciekawe, dziewczyna Loureiro w tym samym czasie przebywała w Poznaniu na Erasmusie. Jak widać, mógł być to sprawnie zaplanowany fortel, gdyż wymiany studenckie trwają zwykle pół roku. Portugalczyk zorientował się, że do Lecha się mu nie uda tak łatwo dostać (brak jakichkolwiek informacji, czy w ogóle próbował), więc wybrał oddalony o 3 godziny jazdy pociągiem Szczecin (zawsze to bliżej niż z portugalskiego Viseu, w którym grał wcześniej).

Pewnym krokiem zbliżamy się do końca. Nadszedł czas na nasz najświeższy szrot. Vladimirs Kamešs przyszedł do nas z Amkaru Perm, klubu znanego przede wszystkim z tego, że grał tam Jakub Wawrzyniak. Łotysz bezpośrednio przed transferem przebywał w rezerwach, do których został przesunięty po półrocznym wypożyczeniu do niższej ligi. No faktycznie, nic tylko spodziewać się wirtuoza. Zachwycony nim był Ján Kocian, który w tym momencie zbytnim poważaniem w Pogoni się już nie cieszy. Ale nie tylko on, słyszałem od wielu dziennikarzy, którzy oglądali zimowe sparingi w poprzednim sezonie, że naprawdę wymiatał. No cóż, zapamiętamy go głównie z bardzo słabej psychiki, która nie pozwoliła mu pokazać swoich rzekomych umiejętności, wędki w 40 minucie swojego ostatecznego meczu i tego, że wyglądał jak połączenie Martina Škrtela (Liverpool F.C.) i Michaela Scofielda (Prison Break).

Wróćmy do naszego Węgra. Jego 2 bramki pozwalają twierdzić, że w pojedynkę wykręcił prawie taki sam wynik, jak ośmiu poprzedników i to przez mniej niż połowę ich czasu na boisku. W wielu przypadkach problemem mogła być mała ilość otrzymywanych szans, ale Gyurcsó o to martwić się nie musi, gdyż w zdecydowanej większości przypadków wychodził w pierwszym składzie i jeśli był zdejmowany, to dopiero pod koniec meczu. Czyżby liga węgierska była tak słaba, że mógł być jednym z najlepszych? A może miał tam zadania ściśle ofensywne i tego tu mu brakuje? Takiej swobody, bez konieczności asekuracji w tyłach, bo widać, że ma z tym spory problem. Może trener nie potrafi do niego dotrzeć? A może po prostu nie podoba mu się w Szczecinie? Tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi. A zegar tyka. Możliwość jazdy na opinii gwiazdy niedługo się skończy.

Autor: Szczepan
Żródło: własne
Wyświetleń: 5064

Komentarze w serwisie www.PogonSportNet.pl zamieszczane przez jego użytkowników są ich prywatną opinią. Serwis nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Jeśli jednak administratorzy dostrzegą naruszanie dóbr osobistych, zmuszeni będą do usunięcia komentarza, a w przypadku powtarzania się sytuacji, zablokowania konta użytkownika.

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się lub zaloguj tutaj.


Trwa ładowanie komentarzy...